jestem właśnie po lekturze wysokich obcasów gdzie wyczytałam, ze finki bez żenady sikają na chodniki. fakt, że raczej pijane finki ale nie o pijaństwie zaczęłam rozmyślać ino o tym sikaniu. i patriarchacie z sikaniem związanym.
bo przeciętna polka nie wysika się na chodnik. ba nie zatrzyma się przy drodze zeby sie wysikac na poboczu. bedzie jechac i jechac w poszukiwaniu kibla i szybciej osika majtki niż przykucnie na poboczu. bo wstyd panie, nie przystoi kobiecie! facet to co innego. zatrzymuje sie gdzie byle i sika. to jest normalne. sikający facet w miejscu publicznym nie budzi niczyjego zdziwienia, oburzenia i często nawet reakcji. na babke wszyscy natychmiast gapiliby się z zaciekawieniem pogardą i politowaniem.
u podstaw problemu lezą pewnie przyczyny naturalne - facet wyciągnie i sika, kobieta musi ściągnąć majtki i mocno sie nagimnastykowac zeby całość przedsięwzięcia nie miała skutków w postaci mokrych nogawek spodni, a i świecenie gołym tyłkiem może byc (przynajmniej dla niektórych babek ;) krępujące. idealnym rozwiązaniem (sprawdziłam!) są spódnica i pończochy samonosne. jesli do tego dojdzie jeszcze brak majtek to sikanie na poboczu załatwiamy w trymiga. dla bardziej pruderyjnych (to ja! :) zalecam sikanie na poboczu przy otwartych drzwiach auta. jeśli jesteś bardzo wstydliwa to otwierasz tez tylne drzwi i miedzy drzwiami przednimi a tylnymi robi ci sie zaciszny i intymny kącik. idealny na odprawienie tej fizjologicznej czynności.
w przekroju wyczytałam, ze istnieje bardzo praktyczne urządzenie umozliwiające nam niewiastom sikanie na stojąco. taki tekturowy półlejek. przykładasz odpowiednio i sikasz do woli. na stojąco. szukałam na allegro ale niestety bez skutku.
postuluję abyśmy obalały szkodliwe i krzywdzące nas kobiety stereotypy! mamy prawo do sikania tam gdzie nam sie podoba! dosłownie! faceci leją wszędzie. i co? jakies konsekwencje? żadnych! dla nich to jest po prostu normalka!
staram się nie demonizowac kobiecego sikania i moja córka może zrobic siku dosłownie wszędzie! (ku świętemu oburzeniu ojca-moich-dzieci...). o Michu nie wspominam bo on to wiadomo, jest facetem. nie chcę, aby moja córka nabawiła sie problemów z pęcherzem albo co gorsza złapała schize ze jak chce siku to MUSI znalezc toalete. nic nie musi. a jak sie komus nie podoba to niech nie patrzy. a jak tylko widze spojrzenie pełne dezaprobaty to z przykrością stwierdzam, że takie spojrzenia widzę przede wszystkim u kobiet! niech je szlag! natychmiast pytam wtedy taką oburzoną czy ogladała juz dziś pobliski trawnik zasrany przez tabuny psów? proszę, gówno przy gównie. niech sie tam gapi i oburza. bo kilogramy psich odchodów są zdecydowanie bardziej odpychajace i smierdzące niz trzy krople sików piecioletniego dziecka.
w tym wszystkim jestem oczywiscie porządna (w miarę możliwości oczywiście ;) i Michalinka juz wie że jak sikac to na trawkę albo na glebę. bo chodnik sików nie wypije i one go nie użyźnią! dziecka trzeba uczyc zasad, a co! ;))
pare dni temu zauważyłam, ze mój portfel jest gruby. bardzo gruby, opiekły i wręcz opasły. zajrzałam więc do niego na spokojnie, nie jak zwykle szybko szybko gdzies w sklepie po chleb czy fajki. nie moge powiedziec, ze sie rozczarowałam, bo i tak nie spodziewałam sie otyłego pliku zapomnianych stów. znalazłam jednak kilka przedmiotów, które pojawiły się tam przypadkiem: a może karta na punkty? a może karta stałego klienta? same zalety, dużo punktów, nagrody sraty pierdziaty. połozyłam wszystkie punktokarty na stole i patrze: co my tu mamy? karta do apteki (1 sztuka), karty do sklepów z odzieżą (2 sztuki), karta do sklepu z obuwiem (1 sztuka), karty do hipersklepów (4 sztuki), karty na stacje paliw (3 sztuki). wszędzie punkty. wszędzie jakieś nagrody. zaraz, chwila. gdzie sa te nagrody? jak dotąd skorzystałam (fakt kilkakrotnie) wyłącznie z jednej karty - stacja paliw X i wziełam dzieciom samochodziki czy kubki. pamietam tez komentarz pana z tejże stacji: pani, za paliwo to żadne punkty są. tankują te barany, specjalnie tu jadą, żeby punkty dostać. i dostają 50 punktów za cały bak. a przyjdzie taki o, kupi hotdoga i kawe, zapłaci 8 zł i ma 100 punktów. zdzierstwo pani i oszukaństwo.
popatrzyłam chwile na swój pokaźny zbiór. wyłowiłam jedynie punktokarte z ktorej skorzystałam ku radosci swych dzieci, a cała resztę bez żalu wypierdoliłam do kosza. portfel odetchną z ulgą. ja nie bardzo. ciekawe ile innych idiotycznych rzeczy robie na co dzien. nie zdążyłam przemysleć tej kwestii, bo Michalinka (oglądając disney channel) zawołała: mamo, ja MUSZE miec tego konika! tak tylko ci sie zdaje - chciałam jej odpowiedzieć, ale zaraz palnełam się w łeb i nic nie odpowiedziałam. sama durnam wiec nie bede sie przemądrzać i prawić morałów pięciolatce. ot niedzielne przemyślenia
powiedziała anulina
niesforna-matka 2009-10-18 14:59:08 skomentuj (10)
3 minuty
czy ktoś z was kiedyś próbował myć zęby przez całe 3 minuty? myję zęby przynajmniej dwa razy dziennie i uważam, że poświęcam na to odpowiednia ilośc czasu. nie mam nalotu, kamienia itp itd. moje zęby wyglądaja przynajmniej przyzwoicie. tak, oczywiście. nie jest to żaden fascynujący temat i nie zamierzam opowiadać pamiętniczkowi o tym jak grzecznie szoruję ząbki. wczoraj jednak Michalinka poprosiła, żebym jej za punkty na stacji benzynowej wzięła stworka z klepsydrą. to taki stojaczek na szczoteczkę z małą klepsydrą, która ma odmierzać rzeczone 3 minuty. postanowilam sama zrobic rozpoznanie bojem i ustawiwszy ludka na pralce przekręcilam klepsydrę i start. myję myję i myję. doszlam do momentu, kiedy normalnie uznalabym zęby za umyte. a tu? 1/3 piasku cały czas czeka na przesypanie :/ obliczyłam więc, że moje mycie zębów to 1,5 do 2 minut. drogi pamietniczku, czy to jest ZA KRÓTKO? czy to oznacza, że za 10 lat będę miała jakieś marne szczątki uzębienia?? i kto wymyślił te 3 minuty? czy dentyści myją zęby zawsze 3 minuty? to jest glupie pytanie. to tak, jakbym zapytała czy stróże prawa zawsze przestrzegają ograniczeń prędkosci. wracając do klepsyderek trzyminutowych odmierzaczek to postuluję, aby odsypać przynajmniej 1 minutę białego sypkiego czegoś. przecież dzieci mają fizycznie mniej zebów niż dorośli! przynajmniej powierzchniowo biorąc ;)
powiedziała anulina
niesforna-matka 2009-09-05 11:47:22 skomentuj (6)
świnki dla rodzinki
ostatnio świat postanowił pokopać mnie troche po dupie, więc zapuściłam aktywnośc wszelaką i jako ten pyłek na wietrze musze dac sie ponieść nurtowi reala, a bywa on czasem mocno wkurwiający. szamocze sie bezradnie i nie wiem gdzie mnie zawieje i nie mam na to wpływu. a tego tygrsy nie lubią najbardziej. cóż, rzeczywistośc ma to wszystko w dupie. i ja to wbrew pozorom rozumiem i czekam.
staram sie jednak funkcjonować po japońsku czyli jakotako i szukając (dla mnie niedoscigłego) wzoru domowego drobiu a konkretnie kury wybrałam sie do sklepu mięsnego celem zaspokojenia potrzeb znajdujących sie na najnizszym poziomie piramidy masłowa mianowicie pożywienia. ja nie jestem wybredna i bułka z masłem całkowicie zaspokoiłaby moje niewyrafinowane potrzeby (pierdolić karpaczio w szeratonie) ale mam latorośl i czuje sie odpowiedzialną za te latorośl obywatelką. z rozwianym porannie włosem, w towarzystwie rzeczonej latorośli znaleźliśmy sie w mięsnym przybytku. nie wiedziec czemu przybytek ów kojarzy mi sie mocno z przychodnią NFZ. dodam, że jest to mały, osiedlowy sklepik czynny 10-17 od poniedziałku do czwartku (tak, do czwartku!) co zawsze rodzi moja frustracje kiedy w piątek ok 16.45 znajde 15 minut i chce zrobic pierwszy z trzech obiadów, które robie zwykle w tygodniu (piatek, sobota, niedziela żeby była jasnośc). ogonek emerytów wnikliwie wpartujący sie w szyby, za którymi leżą i czekaja na konsumpcję mortadele, metki cebulowe tudzież wołowe przewrotne szpondry (SZPONDERY?). cierpliwie znoszą odkrajanie po 15-20 deko, umieszczanie w foliowych woreczkach i podróz w szmacianych siatach w towarzystwie sylimarolu i teletygodnia.
grzecznie ustawiłam sie na koncu ogonka i konformistycznie zaczęłam wgapiać się w szybę. a tu nagle Micho wyskakuje z tekstem: mamo! mamo! ZBIERAJ SWINKI DLA RODZINKI! obejrzałam sie, uprzednio uciszywszy dzieciaka, bo przychodnia i sklepik miesny nie lubią hałasu i zamieszania. kilkanaście par oczu natychmiast skarciło harmider: niechże te dzieci dadza sie w spokoju zastanowić czy kupić 30 deko baleronu czy może tylko 15, a dobrac 20 deko świeżutkiej watrobianki. po tym jak obróciłam się (oderwawszy wzrok od mięsnej szyby) zobaczyłam wielkie hasło reklamowe, wypisane czarnym flamastrem i umocowane prowizorycznie klejąca taśmą. zupełnie tak, jak w przychodniach naklejają wyrwane z zeszytu kartki 'DOKTOR KOWALSKA URLOP'. na nic wiecej nie zasługujecie pieprzeni emeryci, żadnego wydruku na bialutkiej kartce A4 tylko odrecznie wymazane informacje, krzywymi literami i na odwal.
obok hasła, juz bardziej profesjonalna, bo różowa świnka - wydruk z drukarki więc poczułam sie o dwa punkty lepiej (skala 1-100 punktów). świnka była rozkoszna i zadowolona, miała zakręcony ogonek i okrągły brzuszek. w niczym nie przpominała krwistych ochłapów zza szyby. w zasadzie wszystko było logiczne, bo przeciez tej wydrukowanej świnki nikt nie palnie obuchem w łeb w celu ogłuszenia przed mordem i nikt nie rozbierze jej tuszy w celu rozwiezienia po sklepach.
świnki sa kochane - powiedziała Michalinka z rozrzewnieniem, co poruszyło moje serce w kontekście rychłego spozycia kotleta schabowego, ale tłumek kolejki nie poszedł tak daleko i zaobserwowałam jedynie kilka spojrzeń w stylu 'słodka dziewczynka'.
zadumałam sie na chwile nad oszustwami tego świata, nad perfidnym lukrowaniem szarej rzeczywistosci i w pewnie w kontekscie moich obecnych problemów zyciowych (ach jakie to patetyczne, moza rzygac, prosze bardzo) poczułam kawałek kamienia na sercu. zreszta serce tez nie wygląda tak jak na obrazkach - wszystkie narysowane serca są oszukane i mają tyle wspólnego z prawdziwym wizerunkiem serca co ja z top modelką czyli (dla jasnośc) absolutnie nic, zero.
opuściliśmy sklepik z polędwiczkami wołowymi (żadna burżuazja, poledwiczki w promocji bo niepełnowymiarowe. wyzsza klasa spozywa ino takie dlugie, prawdziwe i zaraz widac przy obiedzie że to PRAWDZIWA PEŁNOWARTOSCIOWA poledwiczka) oraz paroma innymi cząstkami świnek, kurek i krówek. a po drodze z plakatu reklamowego spojrzała na nas wesoła, tańcząca krówka - przeszczęśliwa, że może obdarowywac ludzkośc swoim cennym mlekiem, a potem, jak juz będzie miała stare i schorowane wymiona to odda całą swoja wołowinę z kością. na całe szczęście dla tej krówki, ona była narysowana więc jej zadaniem jest się uśmiechać, na rzeź pójdą inne, prawdziwe z krwi i mięsa.
a żeby zmienic troche nastrój to jeszcze pokaże jak sie zestarzałam, a pokaże to na przykładach dzieci ;)
witam cie mój blogasku. nie pisałam troche, bo real mnie pochłonął. z fajnych rzeczy to przeczytałam 'głowe minotaura' marka krajewskiego. i już kupiłam dwie kolejne jego książki.
obejrzałam tez pare filmów. wczoraj na przykład 'winged creatures' z dakota fanning. miedzyczasie posłuchałam troche muzy (głównie w aucie po drodze z.... do....), powkurwiałam sie troche na dzieci, ojca-moich-dzieci i pare innych osób. a oni wszyscy powkurwiali sie troche na mnie. i mamy remis. równowage w przyrodzie. kojący balans
poza tym bylismy na festynie w przedszkolu u Michalinki. najpierw było przedstawienie na dzień matki i ojca. nasza córka śpiewała z takim zacięciem, że na koncu poryczałam sie ze wzruszenia i dosłownie wymiękłam kiedy wręczyła mi wielki słonecznik z bibuły, który miał bibułowe, brązowe ziarna... u Micha też sie zawsze wzruszałam na przedstawieniach w przedszkolu. najbardziej zawsze ujmuje mnie to zaangażowanie dzieci, ich nieporadne kochane występy.
na festynie była loteria. Micho stał dzielnie w kolejce, a kiedy wylosował swoje 'nagrody' to sie biedak załamał :) koniecznie chciał wylosować takie plastikowe paletki z gąbczastą piłką. a wylosował... pluszową myszkę i... figurke świetego mikołaja (której pewnie ktoś sie cwanie pozbył oddając jako fant na przedszkolna loterię)
Micho ma komunie w przyszła niedziela i czeka mnie usmiechanie sie do całej rodziny. uwielbiam to :/ polska tradycja, najwazniejsze prezenty i przyjęcie. komunia powinna być zdecydowanie później, żeby dziecko wiedziało o co chodzi. ale dobra, pouśmiechamy sie i bedzie git.
no i jeszcze njus :) moja siostra jest tipsiarą! tj montuje sztuczne szpony. wspaniale. życzymy ci Lauro wielu bogatych klientek. i niech te pazury im sie łamią jak najczęściej!
mamy dwa koteczki domowe :) Zegarek i Bamberka. Bamberka była przez pare dni Bambrem ale okazalo sie, że ma inne narządy płciowe niz myśleliśmy. ot niedopatrzenie
ojciec-moich-dzieci stwierdzil, że imie Zegarek jest głupie i jesli jeden będzie Zegarek to drugi musi miec równie idiotyczne imię. i juz prawie go ochrzcił Przecinakiem. ja jednak jestem walnięta, ale nie aż tak i nie mogłam pozwolić na skrzywdzenie niedoszłego Przecinaka. ostatecznie stanęło na Bambrze, a pare dni później Bamberce.
a poza tym mam trochę życiowych przemysleń. na przykład takie, że zakonnice nie posiadaja wieku. patrzysz człowieku na taką zakonnicę i nie masz zielonego pojęcia ile może miec lat. Micha do komunii przygotowuje niejaka siostra Łucja i nie wiem czy ma po trzydziestce czy przed pięćdziesiątką. i chyba nikt nie wie bo juz nie raz słyszałam jak inni rodzice sie zastanawiali. nikomu nie przyszło do głowy aby zapytać. może nie wypada? cholera wie
rzeczona siostra Łucja jest bardzo niesprawiedliwa, bo wyraźnie faworyzuje Micha i za wiele mu wybacza. dzis słyszałam jak beształa pewną dziewczynkę, że nie ma zeszytu do religii. Micho nigdy nie miał i pewnie nie będzie miał, ale łypnie na siostrę raz i drugi i tematu zeszytu nie ma.
zazieleniło nam sie w ogrodzie, nawet żaby mieszkają w krzakach. narobiłam fot, ale nie chce sie powtarzać bo co wiosna to ja podobne foty tutaj wrzucam typu listki kwiatki pierdziatki.
siedze sobie w słońcu i myślę co to będzie na przykład za 10 lat...